Zofia Kwapisz (20.05.1944 – 26.05.2015)

 
"Postanawiam żyć tylko dla Boga, mówić mu „tak” w każdej sytuacji.”

Zosia Kwapisz26 maja 2015 r. odeszła do Nieba Zofia Kwapisz.

Zosia urodziła się 20 maja 1944 roku w Warszawie, ukończyła Germanistykę na Uniwersytecie Warszawskim, obroniła doktorat z zakresu lingwistyki i teorii uczenia się języków obcych. Pracowała na Uniwersytecie Warszawskim, a następnie  w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości  i Zarządzania Leona Koźmińskiego. Kochała swoją pracę i studentów.

W czasie studiów,  zafascynowana osiągnięciami nauki,  przeżyła kryzys wiary.

Ruch Focolari  Zosia poznała poprzez koleżankę z pracy w roku 1984…  Przeżyła nawrócenie, po wielu latach przystąpiła do sakramentów świętych.

Jak sama wspominała „Wreszcie moje pierwsze Mariapoli. Tu przeżywam intensywnie Jezusa obecnego pośród nas. I jestem zafascynowana Ideałem. Rozpoczyna się nowy okres mojego życia, powrót do Pana Boga, odkrywanie piękna Ideału, rozwój życia duchowego. „Powoli zakwitają kwiaty tam gdzie był pustynia”.  

I dalej Zosia wspomina „W końcu postanawiam żyć tylko dla Boga, mówić mu „tak” w każdej sytuacji.” W roku 1990 roku Zosia została wolontariuszką Boga.

Wspominała w jednym z listów „Po długim błądzeniu odnalazłam drogę tak pełną światła i piękna, że chciałabym nią nie iść, ale biec wielkimi susami. Prowadził mnie Pan Bóg ku sobie przez moje dzieci. Tadeusz doprowadził mnie do WIARY, Michał rozbudził  NADZIEJĘ (poznałam Dzieło), a Urszula jest podarunkiem MIŁOŚCI. O ile przedtem sądziłam, że dewizą dla mnie jest „cogito ergo sum” („myślę więc jestem), to teraz jestem już zupełnie pewna (dzięki Chiarze),  że jest to „amo ergo sum” – im bardziej kocham, tym bardziej jestem dla Boga.”

Kochała – w rodzinie, wśród przyjaciół, w środowisku pracy, które bardzo miała w sercu. Z wielką delikatnością, wrażliwością, miłością i fantazją jednoczyła, budowała mosty. Była bardzo wrażliwa na każdą niejedność i starała się zawsze pomagać innym odbudować relacje. Sama budowała naprawdę głębokie relacje z ludźmi.

W lutym 2014 r. Zosia zachorowała na nowotwór. Choroba była dla niej wielkim doświadczeniem duchowym, którym dzieliła się z bliskimi z Ruchu. Zupełnie nie była skupiona na swojej chorobie, ale jeszcze intensywniej i bardzo konkretnie kochała osoby znajdujące się obok.

W swoich listach do przyjaciół z Ruchu napisała między innymi:

Luty 2014

„Niedawno dowiedziałam się, że zdiagnozowano u mnie złośliwego guza (..) Niedługo  zacznę kurację i jestem gotowa wypełnić jak najlepiej potrafię przewidzianą dla mnie Wolę Bożą (liczę też na wasze wsparcie modlitewne).

Jest to nowe trudne wyzwanie dla mnie i mojej najbliższej rodziny, przynosi jednak tak dużo niespodziewanych i radosnych wydarzeń i przeżyć, że wierzę że Pan Bóg miał w tym swój plan i że z każdej sytuacji potrafi wyprowadzić dobro…

Żyję więc niesiona miłością okazywaną mi przez  bardzo wiele osób.

Otrzymuję prezenty miłości także od moich prywatnych uczniów i koleżanek z pracy.

„Każda chwila jest darem” i  tak staram się żyć, chwila po chwili (choć oczywiście nie zawsze potrafię) i żyję b. intensywnie.

Jestem zanurzona w „miłości wzajemnej” (…) Doświadczam jej każdego dnia.

Moje postanowienie: Nie skupiać się na swojej chorobie, ale bardziej żyć dla innych.

Lipiec 2014

Jak wiecie jestem w trakcie długotrwałej kuracji nowotworu. Któregoś dnia obudziłam się o 5 rano, nic mnie w tym momencie nie bolało (…).pomyślałam, ile osób otacza mnie miłością i modli się w mojej intencji. Poczułam się bardzo kochana przez Pana Boga. Ogarnęło mnie błogie szczęście i poczucie wdzięczności.

To uczucie wdzięczności towarzyszy mi stale. Każdego dnia mam powody, żeby dziękować Panu Bogu za ogrom łask, którymi mnie obdarza. Doznaję tyle miłości, serdeczności, życzliwości że mam ochotę zażartować „warto chorować, żeby tego doświadczać”.

Koleżanki (z pracy) kiedy dowiedziały się o mojej chorobie, zamówiły w mojej intencji mszę św. Przyjechały prawie wszystkie w fatalną pogodę w niedzielę późnym wieczorem, niektóre spod Warszawy. Ja nie mogłam tam być, ale mojemu Andrzejowi przekazały piękne kwiaty i czekoladki. Dostałam potem zdjęcie i wzruszające maile. Staram się dzielić (z nimi)  tym, co przeżywam, moim podejściem do choroby, do śmierci, do „bożego prowadzenia” i wdzięczności Panu Bogu za wszystko.

Dlaczego o tym piszę? Bo chociaż na odległość staram się nadal kochać, a Pan Bóg działa.

 Grudzień 2014

Teraz po zrobieniu szeregu badań (dla mnie b. trudnych, bo ból kręgosłupa ogromny) okazało się, że są przerzuty do kości i to wszędzie od czaszki do stawów skokowych. Jestem w trakcie następnych badań, (…)  Co się kryje za tym doświadczeniem? Jaki plan ma Pan Bóg w stosunku do mnie? Jak mogę na ten plan odpowiedzieć?  Nad tym się właśnie zastanawiam. Jak dotąd cały czas doświadczam ogromnej miłości, Jego Miłości, widocznej na każdym kroku… Jeśli mam trudne chwile, trudny dzień, to jest w nim również mnóstwo miłości ze strony różnych osób… A przede wszystkim modlicie się Wy, modli się moja grupa „słów życia”, koleżanki z pracy, znajomi, rodzina… W domu jestem otoczona troskliwą opieką, (…) . Staram się też dawać świadectwo. W Sali w  której leżałam w czasie operacji nawiązały się serdeczne kontakty „między nami pacjentkami” i teraz mam telefony, panie obdarzają mnie zaufaniem, mówią o swoich sprawach. To są takie malutkie rzeczy, piszę o nich bo tak bardzo chciałabym przekazać innym tę Bożą Miłość, którą jestem wypełniona. Może to jest właśnie moje zadanie w tych dniach?

Czuję się szczęśliwa, że jestem w rodzinie Chiary, a swoje cierpienia duże i małe ofiarowuję w  intencji  Dzieła, nas wszystkich i mojej rodziny.  Czuję, że nasza Rodzina Chiary jest żywym reagującym organizmem, a nie jakimś wydumanym tworem wyobraźni, a ja uczestniczę w czymś pięknym, w jakimś pięknym Bożym planie…

To naprawdę coś niezwykłego, ta obecność Jezusa między nami. Nigdy nie wyobrażałam sobie wcześniej (zanim poznałam Dzieło), że można np. wspólnotowo przeżywać różne momenty choroby, aż do ostatecznego odejścia.

Wielkanoc 2015

Dziękuję za wszystkie, piękne życzenia drogą mailową i telefoniczną.

Tak naprawdę, to nie wiem, jak mam dziękować… , dzięki temu, że jesteście ze mną, mój krzyż jest lekki (bo wy niesiecie go ze mną), a jarzmo słodkie (bo doznaję tak dużo miłości. :)!!!! I tak bardzo chcę ją przekazywać dalej !!!

Ostatnie dni przed Świętami  – to badania, bardzo złe samopoczucie, temperatura i permanentne obejmowanie Jezusa Opuszczonego…

Maj 2015

Pobyt w szpitalu – moje „Mariapoli” – jednoczenie się ze wszystkimi: lekarzami, pielęgniarkami, pacjentkami…, wspieranie ich , pokazywanie jak pomaga zanurzenie w wierze i dziękowanie za wszystko, co było i co jest…, bo  jest to dar  kochającego Ojca (oczywiście nie zawsze mówiłam tak zupełnie wprost…) Było to chyba zauważalne , bo usłyszałam wiele pięknych słów.. na mój temat…

Pogłębiła się też jedność z koleżankami z pracy, które zamówiły mszę w mojej intencji ..

W sumie doświadczyłam takiego ogromu miłości ze strony mojego nucleo, wszystkich wolontariuszek,  focolarin, focolarinów, także ze strony rodziny, przyjaciół, grupy słów życia”… że dusza moja śpiewała i nadal śpiewa, przepełniona wdzięcznością i  wielką radością.

Podsumowanie

Jest to dla mnie czas wielkiej łaski, na którą chcę odpowiedzieć najlepiej jak umiem…

Wasza Zosia

PS   Moje „odkrycia”:

„Kocham, więc jestem” „Modlę się, więc jestem”

W ostatnim sms-sie w niedzielę 24 maja, wysłanym już z ogromnym trudem, Zosia napisała: „Z moją rodziną przepięknie króluje Jezus między nami.”

Regulamin(500)